Otatnio zgodnie z D. stwierdzilismy, że uwielbiamy lotniska. Może to dziwi większość zmęczonych, znużonych, znudzonych, poirytowanych podróżujących, ale zarówno mój śluby jak i ja w podskokach pędzimy na lotnisko ciągnąc za soba turkocące walizy. Nie straszne nam kolejki, czekanie, lounge, check-iny, zdejmowanie butów, zimą, podczas kontroli. Jesteśmy podekscytowani jak dzieci na Wigilię. Poza tym, lotnisko to miejsce, gdzie my, nałogowi obserwatorzy (i komentatorzy) ludzi i ich zachowań mają ogromne pole do popisu i frajdę nie z tej ziemi. I nie chodzi tu o złośliwości w stylu loży szyderców, a raczej założenia skąd dany podróżujący pochodzi, kim jest, czy ma rodzinę, gdzie leci i po co, jak wygląda, ile ma bagażu i co ma w środku, jak się zachowuje, co robi czekając na samolot, co kupuje w sklepach lotniskowych, co czyta etc. Będąc na lotnisku czujemy się obywatelami świata, jego integralną częścią, małą, aczkolwiek ważną częścią kuli ziemskiej, która kusi pieknymi zakątkami. A więc siedzimy patrząc, obserwując, chłonąc. Ściska nas w żołądku na myśl o podróży, celu, perspektywie samego wyjazdu, zobaczenia nowych miejsc, poznania ludzi, posmakowania dań. D. podóżuje więcej, a miejsca docelowe są dość egzotyczne, toteż wróciwszy zawsze ma fascynujące opowieści, również z lotnisk: kto, gdzie, z jakim bagażem, gadgetem, co robił, co kupował. Lubię słuchać i wyobrażać sobie ludzi, ich życie i cele. Pierwsza "grupa" obserwowanych to tzw. "business type" czyli zarówno kobieta jak i mężczyzna podróżujący w interesach, wysłani w delegacje (archaiczny termin obecnie uważany za przestarzały i passe) bądź tak przesiąknięci pracą w korporacjach, że nie mogą pozbyć się wizerunku pana/pani w nieskazitelnie skrojnych garniturze/kostiumie, z designerskim bagażem, paszportem i kartą pokładową w skórzanym etui. Sprawdzają dyskretnie pocztę na drogim sprzęcie, cicho rozmawiają przez telefon, nigdy nic nie jedzą, piją wodę kupioną w sklepie przy hali odlotów, czytają Forbsa, International Herald Tribune lub książkę w stylu "Rozważny Inwestor". Kolejna grupa to zupełne przeciwieństwo tych pierwszych, czyli rodziny z dziećmi, a co za tym idzie z nadbagażem, wózkami, co najmniej czteroma kurtkami w okresie zimowym, z kanapkami zawczasu zrobionymi w domu, ubrani na sportowo, a na pewno wygodnie, uśmiechnięci, aczkolwiek zmęczeni, z wiecznie rozbieganymi oczami ze względu na wiecznie rozbiegane dzieci. Młode pary, narzeczeni, partnerzy to trzecia grupa. Najbardziej "wyluzowani", skupieni na sobie i swoim małym bagażu, niezainteresowani sklepami siedzą w kawiarniach typu Starbucks sącząc wielkie kawy i wpatrując się z ekrany laptopów, padów lub telefonów. Co ciekawe i smutne zarazem, rzadkim widokiem, przynajmniej na polskich lotniskach, są osoby starsze. Oczywiście nie jest sekretem, iż latanie samolotem wymaga dość dobrego stanu zdrowia, jednak fakt, że tak mały procent starszyzny, która decyduje się lub którą stać na ten wygodny i szybki sposób podróżowania jest mocno przygnębiający. Poróżujący samotni to ostatni typ, o tyle jednak ciekawy, że dzieli się na dwie podgrupy. Pierwsza z nich to ludzie wydający się wiedzieć, co robią, są pewni siebie, dziarsko idą w kierunku poszczególnych stanowisk, nie rozglądają się, raczej nic nie kupują, mają jednak swoje ulubione stoiska, gdzie nabędą gazetę, wodę lub batona. Druga podgrupa to zdezorientowani podróżujący po raz pierwszy lub podróżujący dawno temu, nie pamiętający "jak to działa". Wyglądają na wystraszonych, przytłoczonych sytuacją, często krążą po terminalu ze znakiem zapytania w oczach i wszystkimi dokumentami nerwowo ściśniętymi w ręku. Ulgę na ich twarzy można dostrzec w samolocie lub po wylądowaniu, w zależności od osiągniętego poziomu stresu. Lotniska to małe światy, które stanowią przepustkę do tego wielkiego. Terminal do wspomnień. Uwielbiam je.
piątek, 26 kwietnia 2013
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
miasta
Gdzieś ostatnio przeczytałam, że miasta są jak ludzie, mają twarz, osobowość, humory. Coś w tym jest. Miasta potrafią człowieka rozkochać w sobie, wzbudzić sympatię, niechęć, nienawiść. Potrafią osaczyć, przerazić, zasmucić. Jedno wiem na pewno, nie ma miast brzydkich, tak jak nie ma brzydkich ludzi. Twarze, zarówno miast, jak i ludzi zależą od nastroju, aury. Osobowość to już zupełnie inna kwestia, z nią człowiek się rodzi, a potem ją kształtuje. Miasto również kształtuje swoją. Londyn ma kolor krwistej czerwieni dwupiętrowych autobusów i szarości ciężkiego nieba. Londyn jest kolorowy jak Chinatown i głośny jak transseksualista prowadzący najdziwniejszy sklep świata na Notting Hill. Jest krzykliwy i industrialny, kosmopolityczny i otwarty. Paryż to subtelność różu i pistacji makaroników Laduree z jednej strony i ochrypłego głosu Serge'a Gainsbourg i wszechobecnego dymu papierosowego z drugiej. Miasto, w którym nigdy nie jest ciemno. Miasto, gdzie na każdym rogu można zrobić zdjęcie godne profesjonalnego fotografa, a urok kawiarni i restauracji powoduje, że najmniejszy i najbardziej niewygodny stolik obok palącego Paryżanina wydaje się niezapomnianym przeżyciem. Mediolan to moda, biznes, przemysł. Miasto, gdzie patrzenie na ludzi sprawia przyjemność. Tylko tam można zobaczyć piękną, dojrzałą Włoszkę w idealnie skrojonym kostiumie i niebotycznych obcasach, na Vespie, z fenomenalną teczką, przytrzymywaną kolanami podczas jazdy. Wyłącznie w Mediolanie podziwiałam wyjątkowy sklep/salon z krawcem gotowym przerobić i dopasować garnitury i koszule na miejscu. Sam krawiec to starszy pan z centymetrem na szyi, w pięknych okularach i cudownych dłuższych, siwawych włosach zaczesanych do tyłu. Do salonu wchodzi się "na domofon". Oczywiście. Bruksela to słońce i kwiaty. Zaskakująco to tam widziałam najlepiej ubranych ludzi. Kobiety w idealnie dopasowanych, ołówkowych spódnicach, wełnianych płaszczach, z torebkami, aktówkami; mężczyzn w kapeluszach, kaszkietach, kaszmirowych szalach owiniętych wokół szyi oraz pięknych, wypolerowanych butach. Bruksela to piękne, czyste ulice i... sikający chłopiec. Praga to śmiech i młodość, tłumy turystów ubawionych językiem i upojonych piwem. Niezwykle urocze miasto, pełne sklepów i stoisk zarówno z niespotykanym nigdzie rękodziełem jak i niebywałym kiczem i tandetą. Praga to również wyjątkowy Josefóv, Hradczany oraz przepiękne Stare Miasto. Praga to ponoć drugi Paryż. Berlin to miasto industrialne, strukturalne, stanowi wyzwanie, ponieważ niełatwo je polubić. Piękne w swojej ograniczonej, prostej, suchej i oziębłej formie. Fragmenty Muru, niesamowity Pomnik Ofiar Holocaustu, Brama, Reichstag, przepiękna Katedra berlińska. Jest też, ponoć falliczy, Fernsehturm i wszechobecny niedźwiadek. O tak, Berlin ma twarz niedźwiedzia. Możnaby tak bez końca. Z każdego miasta wracam zmieniona, inna, tak, jakbym poznała nową osobę i zastanawiała się czy chcę ją jeszcze spotkać czy raczej nie "było chemii". Nie odkryję nic nowego stwierdzajac, iż podróże to jeden z najlepszych smaczków życia i staram się chłonąć każde odwiedzane miejsce całą sobą. Kiedyś mówiłam, że chiałabym mojej córce dać dwie rzeczy: bezwarunkową miłość i dobre wykształcenie. Obecnie dodam możliwość zobaczenia świata, doświadczania, smakowania, zwiedzania. Żaden program telewizyjny nie odda uroku Mostu Aleksandra III, smaku szynki z melonem czy widoku Ponte Vecchio o zmierzchu. Żaden. Święty Augustyn powiedział, że świat jest książką, a ci, którzy nie podróżują czytają tylko jej pierwszą stronę.
piątek, 19 kwietnia 2013
anioł
Nigdy nie lubiłam zakonnic. Jako dziecko bałam się ich. Zawsze wydawały mi się srogie, złe na cały świat, smutne. Poza tym karciły, karały, upominały; nie chwaliły, nie uśmiechały się. Ukrywane atrybuty kobiecości, habit, wrogi wyraz twarzy również powodowały, że ograniczałam się do obserwowania ich z daleka, nawet na lekcji religii w podstawówce. Nie czułam od tych kobiet ciepła, które emanuje, choć w minimalnej ilości, nawet od najbardziej oziębłej manager korporacji. Ich twarze nie wyrażały dla mnie młodej niczego innego jak gorycz, niezadowolenie i poczucie obowiązku. Do niedawna. Spotkałam anioła. Spotykałam go codziennie o 4.30 rano na korytarzu szpitalnym w drodze do łazienki. Wstawał bardzo wcześnie, brał prysznic, odmawał brewiarz i siedział przy stoliku uśmiechając się do wszystkich. Miał około siedemdziesięciu lat, piękną, alabastrową skórę pokrytą licznymi zmarszczkami, które tańczyły razem z uśmiechami. Był niski, szczupły, kruchy, nosił długi biały szlafrok i biały welon. Mijając wszystkich uśmiechał się nieśmiało lub pozdrawiał skinieniem głowy. Uśmiech zaś przypominał ten babciny, ten kochany i ciepły, od którego od razu jest lepiej i dzieki któremu też nie możemy się nie usmiechnąć. Cała postać wydawała się być jasna, świetlista. Jak anioł siadał przy stoliku, zawsze świeciło tam słońce, nawet taka sceptyczka jak ja nie zaprzeczy, że tak było, a on zamykał oczy i modlił się cicho, ściskając w rękach Biblię w skórzanej oprawie. Obserwowałam anioła i zazdrościłam mu. Zazdrościłam dyscypliny wstawania wczesnym rankiem i umiejetności skupienia na własnych myślach, na modlitwie, zazdrościłam uporządkowania dnia, spokoju na twarzy, uczucia spełnienia i pogodzenia się z rzeczywistością, a przede wszystkim zazdrościłam uśmiechu, który rozczulał wszystkich od pielęgniarek po odwiedzających na korytarzu. Raz idąc korytarzem spostrzegłam jak siedzi na ławce z różańcem w dłoniach i intensywnie ziewa. "Ziewaczka mi się włączyła" powiedział do mnie z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. Było to jeszcze bardziej urocze i ludzkie. Ot, takie powiedzonko. Wszyscy w szpitalu rozpoznawali anioła. Niskiego, pomarszczonego anioła z zakonu. Małą kobietkę z uśmiechem, który pomaga wyzdrowieć.
poniedziałek, 11 marca 2013
zeszły piątek
Stoję w kolejce, w sklepiku na osiedlu mojej siostry. Nigdzie się nie spieszę, czekam z jedną puszką kukurydzy i cieszę się, bo przede mną stoi jedna pani. Starsza pani. Pani ubrana jest tak, jak każda przeciętna starsza pani na ulicy, z tym, że na głowie ma przeogromną czapę, prawdopodobnie wykonaną z jakiegoś martwego zwierzęcia. Czapa nie pasuje do jej małej, ciemnej i pomarszczonej twarzy. Obok kobiety stoi torba na zakupy, na kółkach, z której wyciąga produkty, czekając, aż sprzedawczyni zeskanuje każdy z nich z osobna. Nie muszę chyba dodawać jak długo trwa ów proces. Na końcu kładzie na ladzie stary emaliowany czajnik, przy którym, jak się okazuje, brak gwizdka. Starsza pani zauważywszy to producenckie niedopatrzenie, z szerokim uśmiechem na twarzy prosi o, a raczej każe dać, gwizdek. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, ekspedientka otwiera szufladę pełną...gwizdków do czajników i rozpoczyna długi proces dopasowywania... gwizdka do czajnika. Czuję się jak w filmie Woody Allena. W tym momencie zbyt głośno, aczkolwiek nieumyślnie, stawiam puszkę z kukurydzą na ladzie. Ekspedientka spogląda na mnie, starsza pani kątem oka sprawdza kto śmie przeszkadzać jej w negocjacjach. Zachowuję kamienną twarz, starając się nie pokazywać irytacji, mimo, iż za mną ustawił się już pokaźny ogonek, a reszta pań w sklepie przekłada towar z miejsca na miejsce. Sprzedawczyni nie znalazłszy gwizdka do czajnika babci, udaje się "na sklep" sprawdzić czy są inne czajniki, z gwizdkami, w folii i pudełku, bo taki życzy sobie "klientka". Wraca z triumfalnym wyrazem twarzy dzierżąc w dłoni niewielkie pudło z pełnowartościowym towarem i z dumą prezentuje je kobiecie. Cóż, porażka, czajnik ma mniejszą pojemność, poza tym nie jest czerwony tylko srebrny, a więc "nie". Swoją drogą, ile wrzątku na raz potrzebuje, na moje oko siedemdziesięcioletnia kobiecina? Ale co ja wiem. Ekspedientka, nie bacząc na długą kolejkę, nie odstawia czajnika "gdziekolwiek", pakuje towar do pudełka i maszeruje "na sklep", odłożyć go pewnie na miejsce, z którego go przyniosła. Młodzież za mną zaaferowana własnym towarzystwem, nie zwraca uwagi na to swoiste przedstawienie, ale ja już dawno temu przestałam uznawać je za urocze. Kiedy sprzedająca wraca za ladę, starsza pani decyduje się zrezygnować z kupna czajnika w ogóle, co ekspedientka kwituje zimnym uśmiechem i wykasowuje z rachunku. Decyduje się natomiast na zakup dwudziestu dekagram galaretki w czekoladzie. Prosząc o galaretkę, opiera się o ladę i spogląda mi prosto w oczy, z ewidentnym wyrazem zwycięstwa na twarzy. Uśmiecha się do mnie długo, nie wiedzieć czy czekając na odwzajemnienie uśmiechu czy wybuch złości, po czym rozpoczyna mozolny proces pakowania zakupów do torby. Ekspedientka patrząc mi prosto w oczy, bez słowa kasuje moją kukurydzę, przyjmuje wyliczone pieniądze i wydaje się jakby obserwować ciąg dalszy sytuacji, czekając niejako na moją reakcję, która w jej mniemaniu byłaby puentą jej nudnego dnia, zakupów starszej pani lub mojego poirytowania. Nie doczekała się. Stłumiłam to w sobie, wybiegłam ze sklepu zła na staruszkę i na siebie, że byłam zła na staruszkę. Nie mam cierpliwości do starszych ludzi. Staram się obdarzać ich należytym szacunkiem i zdaję sobie sprawę z ograniczeń fizycznych, jednak nie mogę znieść pewnego rodzaju złośliwości oraz przeświadczenia o ważności oraz prawa do pierwszeństwa w każdym przypadku, bez względu na okoliczności. Później, opowiadając historię D. pomyślałam sobie, że podobne do moich odczucia mogli mieć młodzi ludzie stojący w kolejce za mną, z tą różnicą, iż w stosunku do mnie, starszej od nich o blisko dwadzieścia lat. Odgoniłam te myśli. Przecież ja taka nie jestem, nie będę, przecież istnieją fajne starsze panie. Nie pachnieć naftaliną, dosłownie i w przenośni... Czy ja wspominałam, że to był Dzień Kobiet...?
wtorek, 5 marca 2013
smród wiosny
Przeważnie dostawałam czwórki zamiast piątek z wypracowań z języka polskiego, gdyż mój profesor z uporem maniaka twierdził, iż mój styl jest "zbyt felietonowy." Pisać lubiłam zawsze, więc po pewnym czasie polubiłam ten swój styl, mimo, że zgubił mnie na olimpiadzie polonistycznej, gdzie prace miały być bardziej "badawczo-analityczne," a ja chyba nie pasowałam do kategorii. Takie teksty lubiłam wyłącznie czytać i to też od czasu do czasu, w ramach ogólnego rozwoju i poszerzania wiedzy w dziedzinach różnych. Dlatego też gimnastykuję się mentalnie, aby stworzyć tekst pasujący z założenia na trzecią stronę bezpłatnej gazetki osiedlowej, który odzwierciedli opinię, ale w ten mój ukochany felietonowy sposób. Wiosna cuchnie psią kupą. Co tam eufemizmy, śmierdzi zwyczajnym gównem i jeśli ktoś czuje się urażony (pseudo)wulgaryzmem to chyba nawet nie jest mi przykro. Nareszcie można iść chodnikiem, z twarzą w słońcu, chłonąc witaminę D. Nareszcie nie straszne nam hałdy śniegu, posypane piaskiem, solą i wszystkim tym, co w trybie błyskawicznym niszczy buty. Nareszcie chce się poczuć lekkie chociaż promienie słońca, które...topi śnieg i ukazuje światu psie kupy, które jak przebiśniegi wydostają się na światło dzienne i parują błyszcząc w słońcu; okazałe, ciepłe. Nie usiądziesz Pan na trawie, ba, nie usiądziesz na ławce, murku, krawężniku, bo zemdleć można. Wszędzie brązowa-brunatna maź pokrywa zielone źdźbła trawy. Daleko nam do Europy w tej kwestii, bo tam, no nie ma co gadać, sprzątają. Kolorowe smycze z modnymi pojemnikami w przeróżnych kształtach, na woreczki na kupy, są na porządku dziennym. Pojemniki na owe substancje również na każdym rogu. Sprzątają i starzy i młodzi, ci w dresach i ci w garniturach, z psem dużym, małym i tym ogromnym. Scena z Mediolanu: wysoka Afroamerykanka w białej sukience i tak samo białych szpilkach idzie Corso Buenos Aires, jedną z najbardziej ruchliwych ulic miasta, z słusznych rozmiarów chartem rosyjskim, który na środku chodnika poczuł chęć wypróżnienia się. Z zaciekawieniem obserwowałam kobietę, która nie czując zażenowania sytuacją poczekała chwilę i z ogromną gracją oraz, co imponujące, wprawą i zgrabnością, wyjęła z torebki torbę plastikową i posprzątała niemałe odchody pupila. Co uderzyło mnie najbardziej to fakt, iż nikt nie zwrócił zbytnio uwagi na elegancką kobietę podnoszącą parującą kupę z ziemi. Było to lat kilka temu, a ja do dziś wspominam ową damę z ową kupą w ręce rozglądającą się za pojemnikiem na psie brudy. Klasa. Nie znosząc moralizatorstwa nie odniosę się do mentalności naszego społeczeństwa. Nadmienię jedynie, iż powyższy tekst popełniłam jako mama czteroletniej dziewczynki, która lubi biegać po trawie; jako kobieta, która chciałaby idąc ulicą nie uprawiać slalomu, w obawie, że czeka ją chwila sam na sam z cuchnącą podeszwą obuwia oraz jako mieszkanka miasta, która żąda kar i grzywien za brak odpowiedzialności za własne zwierzę. Tekst zainspirowany wczorajszym spacerem z przedszkola do domu. Dziękuję.
sobota, 23 lutego 2013
pasażerka
Zawsze kiedy jadę autem, obserwuję ludzi. Jest to, z oczywistych względów, łatwiejsze z miejsca pasażera, szczególnie w korkach lub na światłach i szczególnie jeśli chodzi o TEN typ obserwowania. Obserwuję przechodniów, innych kierowców, ludzi w oknach, w witrynach mijanych sklepów i biur. Odkąd pamiętam, patrząc na nich układałam w głowie historie, czy to o ich życiu, o danym momencie, o myślach, ambicjach. Bawiłam się w lektora filmowego, który tworzy tło do fabuły na początku filmu. I tak, pani w znoszonym futrze oraz mocno zniszczonych kozakach, z chłopięca fryzurą oraz twarzą wyrażającą co najmniej niechęć, niosąca ogromnej wielkości siatki z zakupami, która zatrzymała się popatrzeć, ewidentnie na niesamowicie eleganckie buty na niebotycznym obcasie, staje się w mojej głowie niespełnioną tancerką, modelką, aktorką, w każdym bądź razie, osobą tęskniącą za czymś, co nie przytłaczałoby ją codziennością. W wyobraźni widzę jak przymierza owe buty, przyglądając się w lustrze swoim zgrabnym łydkom, a jej lekko obwisła już skóra wokół ust unosi się w nieśmiałym uśmiechu. Grupa nastolatek, złożona, co ciekawe, prawie zawsze z takiego samego typu osób. Mamy, więc przywódczynię "stada", tę najładniejszą, którą wszyscy chcą być, którą wszyscy lubią, a tak naprawdę to nie; kilka klakierów przyklaskujących tej pierwszej, też ładnych, ale już nie tak, aspirujących do miana następczyń; i tę jedną (bywa, że dwie) nieśmiałą, ładną, ale w nieoczywisty sposób, może lekko większą, w okularach, z piegami, z czymś, co na pewno nie jest "in". To coś w przyszłości przyniesie jej szczęście, bo zakocha się w niej mężczyzna, który lubi piegi albo okularnice, lub jej nieoczywiste piękno zachwyci fotografa, malarza, artystę. Pan około pięćdziesiątki, siedzący z rodziną w McDonaldsie, żona energicznie coś mu opowiada, żywo przy tym gestykulując, dzieci pałaszują happy meal, a on patrzy tępo za okno, na nic, na powietrze. Jest smutny, może chory, może jej nie kocha, a może kocha bardzo, może wszystko stracił, a może po prostu ma jeden z dni, kiedy chce się patrzeć za okno. Kobieta w samochodzie obok, która wydaje się niemiłosiernie krzyczeć do kogoś przez telefon. Jej brwi sa zmarszczone, usta ściągnięte, a jak krzyczy krople śliny wylatują na kierownicę. Chodzi o pracę, ktoś nawalił, kogoś trzeba zwolnić albo jej grozi zwolnienie; mąż nie wypełnił jasno wydanego rano przy śniadaniu polecenia, dziecko znów nie przekazało informacji ze szkoły: o wywiadówce, składce, wycieczce i teraz ona nie zdąży, nie ma jak, nie ma gdzie i w ogóle. Kiedy mnie zauważa, odwracam głowę. Dość historii na dziś.
piątek, 8 lutego 2013
normalni
PDA. Public display of affection, czyli po "naszemu" publiczne okazywanie uczuć jest zjawiskiem nie wzbudzającym większych emocji. Pary obściskujące się na przystankach czy w parkach, pocałunki na ulicy, na ławkach są elementem zarówno uroczym, co pospolitym w obecnych czasach. I chociaż nieraz możemy dostrzec karcący tudzież zniesmaczony wzrok starszej pani obserwującej wcześniej wspomniane sytuacje, nie powoduje to ogólnego oburzenia. Nie powoduje dopóty, dopóki jest to para różnej płci. Pary homoseksualne, czy to trzymające się za rękę, czy, o zgrozo, całujące się, to wręcz wykroczenie, to zjawisko na miarę publicznej defekacji. Owszem, nie przepadam za widokiem "zbytniego" okazywania uczuć publicznie, bez względu czy robią to pary hetero czy homoseksualne. Purytanką nie jestem, ale uważam, iż jednak pewne aspekty naszego życia powinny pozostać w sferze intymnej i epatowanie seksualnym naładowaniem oraz nadmierne eksponowanie pożądania nie tyle mnie oburza, co mierzi. Nie rozumiem jednak, co złego jest w spacerowaniu za rękę w przypadku gejów/lesbijek. Nie mogę słuchać o naruszaniu poczucia estetyki, ponieważ poczucie mojej estetyki bardziej narusza "nawalony jak stodoła" opasły mężunio, którego żona wlecze za rękaw do domu, czyt. bardziej tradycyjny model związku. Jak mamy dyskutować o związkach partnerskich, w tym o związkach osób o tej samej orientacji seksualnej, kiedy nie możemy znieść widoku dwóch obejmujących się gejów? Przełączam kanał, zmieniam stację w radiu słysząc, ponoć wykształcone i światłe, a tak ograniczone myślowo osoby, oceniające styl życia innych, kategoryzujące ich jako zboczonych, wynaturzonych, "jałowych dla społeczeństwa" ludzi, którzy są wręcz zagrożeniem dla tzw. wiekszości. Podążając za myślą jałowości, czy osoby samotne, "single" lub kiedyś "stara panna/stary kawaler" lub pary nie posiadające potomstwa również wpadają do jednego worka osób "niepełnowartościowych" ze względu na fakt, iż nie "produkują" przyszłych podatników? Pomijając kwestie wyznaniowe, światopoglądowe, czy naprawdę przeszkadza nam to, co robi ktoś inny? Dopóki nikogo nie krzywdzi, dopóki jego działania nie mają bezpośredniego złego wpływu na moje życie lub życie innych, nie będę go oceniać, a tym bardziej zabraniać mu żyć na takich samych zasadach jak inni. Nie wiem czy bardziej przeraża mnie czy śmieszy nasz polski kołtunizm; lepiej nie wiedzieć, że ten fajny pan ze świetlicy szkolnej to gej, a pani dyrektor banku ma partnerkę, ponieważ natychmiastowo przestaną być "fajni", zaczną być "dziwni" i "zepsuci". Na pewno nie będą spełniać wymogów estetycznych, będą gorszyć, deprawować, nie będą nadawać się do swojej pracy ze względu na brak profesjonalizmu etc. Masowo lubimy zamiatać sprawy pod dywan w naszym ciekawym kraju, oszukując się, że czego oczy nie widzą...Normalność ponad wszystko. A co to ta normalność?
Subskrybuj:
Posty (Atom)