piątek, 14 lipca 2017

/drzewa jako minimalistyczny element stanu mojego umysłu/

Urodził się Miłko, a ja zapragnęłam lasu. Mężczyzna ma spłodzić syna, zbudować dom i posadzić drzewo, a to ja rodząc chłopaka zamachałabym siekierką, sadziłabym rośliny, drzewa i kwiaty. Ostatnio niewiele mi trzeba. Nie, nie jestem jedną z tych "nawiedzonych" matek (tu przepraszam wszystkie "nawiedzone"), które piorą pieluchy w orzechach i jedzą soję zamiast...wszystkiego. Jestem minimalistką, co okazało się być, według mojego researchu bardzo szerokim pojęciem. Jestem minimalistką w znaczeniu życia z tym, co mi potrzebne i co sprawia mi radość. Pojęcie minimalizmu jest często źle pojmowane. Inaczej, nie ma jasno określonego terminu, mimo iż internet zasypie nas zdjęciami pustych, białych mieszkań w stylu, a jakże, "skandynawskim", życiem bez książek, zdjęć na ścianach, za to z jedną chochlą i dwoma widelcami. Okazuje się, że każdy tworzy swój minimalizm i owszem wiąże się on z ograniczeniem do...minimum, pozbyciem się tego, co zbędne i zagraca przestrzeń i umysł, ale każdy tworzy go po swojemu. Mój minimalizm to względnie zdrowe jedzenie, plus jeden dzień z chipsami, piwem, winem, tłustymi, prawdziwymi lodami, deserem i czekoladą. Mój minimalizm to proste, raczej monochromatyczne ubrania, najchętniej z naturalnych tkanin. W domu mam to, co jest albo funkcjonalne albo ładne. Uściślijmy, ładne dla mnie i mojej rodziny. Dla mnie moje miejsce to przestrzeń, gdzie mam to, czego potrzebuję, to, co chcę mieć i, och, jak mi z tym dobrze.
A wracając do lasu...Kiedyś wyłącznie "urban jungle" było moim miejscem odpoczynku. Obecnie jadąc samochodem obok kilku drzew mam ochotę wyskoczyć z auta i przytulić się do pnia. Oszalałam. Chyba dorastam. Dojrzewam. Starzeję się. Jak drzewa.

piątek, 30 czerwca 2017

chłopiec czy dziewczynka?

Kiedy urodziłam Zosię ludzie zadawali mi trzy pytania: czy karmię piersią? (karmiłam), czy dziecko 'drze się' w nocy ('drze się', 'wydziera', 'krzyczy', nigdy zwyczajne 'płacze' i owszem Zosia płakała przez jakieś dwa tygodnie, ponieważ miała kolkę, potem była nadzwyczaj spokojnym dzieckiem, które dawało rodzicom pospać w nocy, nie spała natomiast praktycznie wcale w ciągu dnia) oraz, moje ulubione, czy wróciłam już do 'swojej wagi'? (pytanie padało już kilka dni po porodzie...). Moje odpowiedzi zależały od mojego nastroju, skalą sympatii, jaką darzyłam daną osobę i najważniejsze, stopniem zażyłości. Generalnie reagowałam słodkim uśmiechem i zmianą tematu, czasem następowało lakoniczne "tak/nie bardzo/jeszcze nie" aż do, najbardziej adekwatnego, niestety wykrzyczanego wyłącznie w myślach, "odpieprz się". Co ludzi bierze na takie pytania? Pomijam fakt, że są nudne i osobiste, najgorsze jest to, że po nich najczęściej następuje krótszy lub dłuższy wywód wyższości karmienia piersią nad sztucznym mlekiem lub odwrotnie, wygodą karmienia butelką nad onieśmielaniem ludzi gołym cycem; noszeniem i kołysaniem lub nie noszeniem i nie kołysaniem płaczącego dziecka oraz utrzymywaniem diety matki karmiącej ("zupełnie bez sensu, i tak będzie mieć kolkę"/"jedz wyłącznie gotowane pulpety z niesolonym kartoflem i 'pośną' marchewką"). Potakiwałam uprzejmie.
Miłko w wielu aspektach życia jest podobny do Zofki; śpi w nocy, słabo sypia w dzień, jest pogodny, aczkolwiek charakterny, lubi jeść. W ciąży z małym M. pytania słyszałam podobne, lecz jako 'doświadczona' mama chyba lepiej sobie radziłam z ludźmi i ich reakcjami (to przy Miłku zapytano mnie "czy to z in vitro?" - znak czasu chyba - na co szczęka opadła mi z hukiem na ziemię).
Podczas każdej z ciąż zawsze byłam przygotowana na serię pod tytułem: "który to miesiąc?," "jak się czujesz?", "chłopiec czy dziewczynka?" i choć wszystkie trzy pytania wynikały przeważnie z uprzejmości, troski, zdrowego zainteresowania, rzucało mną kiedy padało, niestety dość częste: "a co byś wolała: chłopca czy dziewczynkę?", po czym na moje krótkie "obojętnie" słyszałam: "a co masz w domu?" Czy my rozmawiamy o zwierzątku domowym, serwisie do kawy, koncercie życzeń? Nigdy nie myślałam jakiej płci dziecko wolałabym. Owszem, miałam przeczucia, które prawdę powiedziawszy, wcale się nie potwierdziły, ale nie myślałam jak to pięknie byłoby czesać dziewuszkę czy kopać piłkę z chłopaczkiem. Chcieliśmy mieć dzieci. Zdrowe, rumiane, pulchniutkie bobaski. Los zdecydował, że mamy córkę i syna. "Parka", mówią, "udało się Wam." Gratulacje dla nas, bo jak byłoby dwóch chłopaków, do menopauzy pytano by mnie kiedy postaramy się o dziewczynkę, podobnież z przeciwną płcią. Teraz może unikniemy pytań o trzecie, choć i takie już padało. Ale co? I tak przecież połasiliśmy się na pięćset plus...

poniedziałek, 29 maja 2017

z lekka grafomański tekst o naturze

Kiedyś wolałam zgiełk i hałas wielkich miast. Wolałam ludzi, tłumy, śmiechy, rozmowy. Zamykałam oczy i chłonęłam gwar. Obecnie jest to znośne chyba tylko wyłącznie we Włoszech. Tamtejszy zgiełk ma w sobie coś uroczego i, może to kwestia pięknego, melodyjnego języka, przyjemnie pieszczącego. 
Teraz wybieram ciszę. Wybieram szum w uszach. Wybieram głuszę. Nie chciałabym mieszkać na wsi. To nie ja. Wolałabym mieć swoje miejsce na wsi, nad morzem, oceanem. Mały drewniany domek w lesie, a blisko wody, do którego mogłabym uciec z bliskimi. To byłoby to. Mimo, iż moim żywiołem jest ponoć ziemia, wybieram wodę, fale i wielki błękit. Nad morzem nawet najbrzydsza pogoda jest piękna, nawet jak leje i wieje jest ładnie, jest fotogenicznie. Bryza budzi i daje energię, jakiej miasto nigdy nie da. Wiatr uspokaja. Słońce przyjemnie muska i wypełnia ciepłą energią. Zapachy wydają się intensywniejsze. Morskie powietrze otula nas jak lekka chusta, dając jednocześnie chłód i ciepło. Niebo jest bardziej błękitne. Słońce przyjemniej gładzi skórę. Wiatr bardziej chłodzi. Szum fal układa idealne tło do rozmów, przytulań, spojrzeń...
Chwilowo wolę towarzystwo fal, koron drzew, pni i puchu chmur. Przepraszam.

czwartek, 30 marca 2017

wróciłam.

Lubię selfie. Lubię robić selfie i lubię ludzi, którzy je robią. Nie wstydzę się tego. Lubię fotografować. Różnie mi to wychodzi, ale to lubię. Lubię dokumentować swoje życie. Lubię media społecznościowe. Poznałam tam mnóstwo wspaniałych, inspirujących, niesamowicie utalentowanych ludzi. Poznałam ich nawet więcej tam niż w życiu 'realnym'. Lubię gotować. Różnie mi to wychodzi, ale to lubię. Kuchnia polska trochę mnie mierzi (ale: pierogi, kopytka, gołąbki i bigos mojej mamy ubóstwiam, że o pasztecie nie wspomnę). Wolę rolować sushi, miksować ciecierzycę i dusić młody szpinak. Lubię eksperymenty w kuchni, a pojawienie się nowego członka rodziny zmieniło mnie nie na żarty i wieczorne przygotowywanie domowej granoli czy krojenie chipsów kukurydzianych jest dla mnie super relaksem. Lubię duże miasta. Lubię ich energię, chaos, gwar, kolory. Uwielbiam Berlin. Większość moich znajomych dziwi ten fakt, a ja Berlin po prostu kocham. I to bardziej jego wschodnią brzydko-piękną część. Lubię też wieś. Raczej polubiłam wieś, ponieważ chcę, aby mój półroczny synek popatrzył na krowę i powdychał inne powietrze niż to, które zapewnia nam pobliska huta. Lubię zdrową żywność. Nie chodzi o produkty light ani fit, chodzi o jajka od pewnej pani, której kury są szczęśliwe i zdrowe, o produkty, które zawierają w sobie 'jedzenie', a nie związki chemiczne, sztuczne barwniki i polepszacze smaku. Lubię rosół bez magi. Lubię książki, gdzie trzeba myśleć, gdzie nie podają rozwiązań. Lubię książki, które bawią, ale w mądry, inteligentny sposób. Lubię podróże. Lubię jechać zarówno do pobliskiego Myśliborza jak i do Toskanii czy planowanego na przyszły rok Tokio. Lubię sprzątać, choć ludzie słysząc to albo stukają się w czoło albo patrzą na mnie jak na istotę co najmniej niestabilną emocjonalnie. Lubię być sama (no dobra, sama w moim przypadku to sama plus berbeć w bujaczku przy mojej nodze). Bycie samemu jest niezwykle inspirujące. Wymyślam nowe dania, wpisy i zdjęcia, myślę o rzeczach, które chcę, o rzeczach, których już nie chcę, zmieniam wystrój mieszkania, planuję podróże, projekty, marzę...Czasem nie robię nic, czyli piję kawę, gapię się za okno, gapimy się z Miłkiem (wcześniej wspomnianym berbeciem) na siebie, macham sobie nogą siedząc na kanapie...Lubię być z ludźmi, ale tych jest niewiele. Lubię słuchać ludzi mądrych (od głupich staram się stronić). Lubię ludzi, od których się uczę, którzy wiedzą coś, czego ja nie wiem. Lubię kawiarnie. Lubię ich gwar, stukanie filiżankami, syczenie ekspresu (jestem poważnie uzależniona od kawy). Lubię obserwować ludzi w kawiarniach, co robią, jak wyglądają. Lubię ciepło. Lubię słońce i piękną pogodę, ale również ciepły koc w domu, zimą. Lubię być niemalowana, ale muszę mieć świeży manicure i hennę na brwiach. Lubię nosić okulary. Lubię biżuterię, ale ostatnio nie mogę jej znieść na sobie. Lubię perfumy, ale ostatnio nie mogę ich znieść na sobie. Lubię buty na szpilce, ale nie nosiłam ich prawie rok. Lubię jak ktoś żartuje, ale nie lubię żartownisiów-bawidamków. Lubię latać samolotem, ale zawsze się boję, że spadniemy. Lubię lotniska i mogę na nich siedzieć godzinami. Lubię moje życie, bo jest moje.
Nie lubię narzekania.

wtorek, 12 lipca 2016

pewnego razu w hotelu

Praca pokojówki jest jednocześnie fascynująca i beznadziejna. Pomijając ilość gwiazdek hotelu, pensję oraz okoliczności, w których zawód znalazł daną osobę, wiele elementów może uczynić z tej czcigodnej profesji przygodę życia. Ktoś kiedyś powiedział, że należy kochać to, co się robi, ale ja nigdy się z tym nie zgadzałam. Jakiś czas temu usłyszałam wersję, która bardziej mi odpowiadała, a mianowicie, że należy uświadomić sobie, że to, co robimy jest użyteczne, służy czemuś, ktoś inny ma przez to łatwiej. Nie sądzę, żeby praca pokojówki należała do zawodów, o których marzy się będąc dzieckiem, jednak jest w niej coś, co od zawsze mnie fascynowało. Pomijając kwestię ubrania roboczego takiej pani (ustalmy, że zdecydowana większość pokojówek to panie) oraz niestandardowe godziny pracy, fascynującym okazać się może samo wykonywanie obowiązków. Wyobrażam sobie kobietę w średnim wieku (oj, ryzykowne stwierdzenie w obecnych czasach biorąc pod uwagę trudności w określeniu wieku pań), o przeciętnej aparycji (nie ładne, co ładne, a co się komu podoba), pannę lub mężatkę (bez znaczenia). A więc wchodzi taka oto kobieta do pokoju i...scenariuszom nie ma końca. Wariant pierwszy może przedstawiać pokój rodziny z dzieckiem/dziećmi, a więc oprócz pościelenia łóżek i łóżeczek podróżnych, dostawek i kołysek, pozostaje uprzątnięcie zabawek, gryzaczków, pampersów, resztek ze śniadania plus, gratis od pokojówki, wykonanie na łóżkach imponującego łabędzia/żaby/żyrafy etc. z ręczników. Tu nie ma skomplikowanych historii i snucia domysłów. Tu zazwyczaj wszystko jest jasne. Jest i dość duży napiwek plus list z krótkim dziękuję i naprędce narysowanym uśmiechem. Wariant numer dwa jest nieco bardziej skomplikowany; młoda para, niekoniecznie po ślubie, pościel na ziemi, śniadanie również, ukradzione szlafroki i kapcie hotelowe, waciki do demakijażu wciąż na umywalce, mały napiwek. Wariant trzeci, najbardziej intrygujący, to para, po czterdziestce (znów, trudno określić, ale chyba) on, czytał do śniadania gazetę (nadal rozłożona na stole), pachniał ciężką, tytoniowo-piżmową wodą kolońską; ona, o dziwo nie na diecie (na śniadanie jadła jajecznicę na bekonie), zostawiła pomadkę na stoliku nocnym, nową. Czyżby bonus? Kilka banknotów w kopercie. Małżeństwo? Romans? Wariant cztery: singiel czyt. kawaler lub panna. Wszystko na podłodze, ręczniki, szlafroki, skarpety, pończochy, częściowo pościel. Otwarty laptop, brudna filiżanka po kawie na stoliku nocnym, mnóstwo kabli, ładowarek, przenośnych dysków. W pokoju nieprzyjemny zaduch. Napiwku brak. To nic, będą jeszcze tydzień.
Praca pokojówki jest jednocześnie fascynująca i beznadziejna...

poniedziałek, 1 czerwca 2015

fajnie być dzieckiem

Jestem zapachowcem. Zatem moje dzieciństwo kojarzy mi się głównie z zapachami. Zapach papierosów mojej mamy, które, o dziwo, wcale mi się przeszkadzały. Siadała po obiedzie w dużym fotelu i zapalała papierosa. Co ciekawe, nie pamiętam, aby ona sama cuchnęła dymem...Pamiętam zapach szamponu Bambino, w przezroczystej butelce. Piekło, kiedy doleciał do oczu. Pamiętam też zapach gumy Donald, taki słodki, aż mdliło, jaki przyjemny...Pamiętam zapach włosów mojej siostry. Za małolata spałyśmy w jednym łóżku, a jej gęste włosy leżały koło mnie na poduszce. Pamiętam zapach słonecznika, który mój tata smażył na starej patelni przed każdym meczem. Pamiętam zapach wszystkich pór roku z mojego dzieciństwa. Każda z nich była wyrazista i łatwa do określenia. Zima pachniała ciastem niedzielnym, herbatą parzoną z esencji; wiosna prasowaniem mojej odświętnej sukienki do kościoła i pociągiem, którym co tydzień jechaliśmy do babci; lato to zapach lodów z automatu, z przyczepy kempingowej na osiedlu i... śmietnika, który stał zaraz obok trzepaka, na którym dyndałam od rana do nocy na wakacjach, jesień, to chyba najprostsze, pachniała nowymi zeszytami, książkami, brulionami, zatemperowanymi ołówkami, farbami plakatowymi... Kanapki do szkoły robił mi tata. Zabierał się za to zawsze po goleniu, a więc pałaszując je w szkole czułam zapach jakiegoś Brutala albo innej wody kolońskiej. Moja mama pachniała kremem Pani Walewska dopóki jej koleżanka nie przywiozła jej z Niemiec Gabrielę Sabatini. Bardzo chciałam mieć takie perfumy... Moje dzieciństwo to również zapach kaszy manny z sokiem malinowym, kisielu, grzybów suszonych nad kuchenką, skórzanego płaszcza mamy, pasty do polerowania podłóg, krochmalonej pościeli, maści żmijowej mojego taty, którą uważał za lek na wszystko, mydła Nivea, koszuli mojego taty, którą z uporem maniaka nosiłam do szkoły...A teraz zastanawiam się jakie zapachowe wspomnienia będzie miała moja córka...

czwartek, 9 kwietnia 2015

viva Italia!

Policjanci w Mediolanie są niezwykle intrygujący. Przeciętna grupa tzw. Carabinieri wygląda mniej więcej tak: wzrost - od Louis de Funes po Gortata, obowiązkowy kilkudniowy zarost, markowe okulary słoneczne i grupa krwi wyszyta na imponującym mundurze. Dodam, że przemierzając ulice miasta swobodnie palą papierosy oraz bezwstydnie flirtują z niemalże każdą kobietą, turystką czy miejscową. Włoszki zaś, poza nieskazitelnym gustem, żywą gestykulacją oraz godnymi pozazdroszczenia i zaskakująco jak na tak ciepły klimat, zdrowo wyglądającymi włosami, charakteryzują się ciemnawą karnacją (naturalną bądź „wspomaganą”), wydatnymi ustami (podobna sytuacja) oraz, co zauważyłam, wygiętymi obcasami (fakt zaistniały w skutek szybkiego chodzenia, podbiegania). Niszczą na potęgę drogie, markowe torebki, takie, na które przeciętna Polka albo zbiera latami albo bierze pożyczkę i potem trzyma „na niedzielę.” Włoszki wykańczają te wszystkie Prady i Dolce bez mrugnięcia okiem…

„Dolce,” słowo, które niezmiennie kojarzy się z tym ciepłym i uroczo hedonistycznym krajem. La dolce vita; dolce far niente; casa, dolce casa… tak jak słodkie jest tiramisu, jak słodko wylegiwać się podczas siesty (ach, siesta) tak słodko jest żyć ciesząc się życiem, nie odkładając niczego na „od święta.” Luksusem we Włoszech jest mocne jak diabli espresso, wypite w kawiarni w drodze do pracy; dobre, wygodne buty, kupione za górę kasy, ale służące wiele lat, po których i tak wyglądają fenomenalnie; klasyczne ubrania, które nie wychodzą z mody, więc warto kupić dobre i jakościowe; wyśmienity obiad/kolacja zjedzone w gronie rodzinnym, z rozmowami, okraszonymi obfitą gestykulacją, z górą makaronu, winem i najpyszniejszymi lodami na świecie. Chyba się rozmarzyłam…