Jestem materialistką. Zupełnie nieskromnie i bezpośrednio przyznaję się do, bywa bałwochwalczej, miłości do rzeczy. Kiedyś zagorzała kolekcjonerka niezliczonej ilości przedmiotów różnorakiego typu; od znaczków począwszy, poprzez pluszowe misie, bransoletki, na aniołach skończywszy (kolekcja tych ostatnich nadal istnieje i "spoczywa w pokoju" na półce piwnicznej), dziś posiadaczka kilku rzeczy o wartości sentymentalnej, materialnej, użytkowej. Nie jest tajemnicą, iż od dawna wykazywałam pewne predyspozycje obsesyjno-kompulsywne: nadmierna dbałość o porządek, w otoczeniu swoim i innych; (do tej pory śmiejemy się z D. na myśl o dniu, kiedy, jeszcze jako jego dziewczyna, posprzątałam wszystkie szuflady w jego biurku); potrzeba symetrii we wnętrzu oraz, coś co zaobserwowałam ostatnio, chęć kupowania wszystkiego parami, od jogurtów w sklepie poczynając na świecznikach kończąc. Dla D. urocze, dla reszty rodziny zabawne i anegdotyczne. Ogólnie często kwitowane wywróceniem oczu i/lub uśmiechem. Kolekcji torebek nie wliczam, ponieważ takową posiada dziewięćdziesiąt procent populacji kobiet i byłby to fenomen porównywalny do kolekcjonowania na przykład marchewek. W każdym bądź razie (to właśnie ten moment, gdzie angielskie "anyway" pasuje jak ulał), obecnie również lubię "mieć". Bardziej wolę "być" uprzedzając pytania i domysły, ale "mieć" również lubię, ba, uwielbiam. Z tą jednak różnicą, iż teraz moja przestrzeń jest odgracona, oczyszczona, możnaby rzec. Dotyczy to zarówno ubrań, jak i przedmiotów dekoracyjnych i użytkowych. Niezbędne minimum ze szczyptą sentymentalizmu. Wyeliminowałam zbędne elementy, a jeśli coś kupuję to jest to albo powalająco piękne albo pożyteczne albo designersko-jakościowo-profesjonalno wybitne. Lubię patrzeć na piękne przedmioty, otaczać się atrakcyjnymi rzeczami, podziwiać je i cieszyć się posiadaniem czegoś dla mnie ważnego. Dziś zbieram albumy z pracami fotografów oraz kilka przedmiotów, o których marzyłam od dawna, na których dostępność czekałam lub które uważam za "kultowe", zauważyłam również, że mam dość pokaźną kolekcję książek kucharskich, ale to, przyznam, nie było zamierzone i wynikło raczej z chęci rozwoju w zakresie umiejętności kulinarnych, których to rozwijanie bardzo polubiłam. Zen w głowie i otoczeniu sprzyja pracy, odpoczynkowi, a wybredny dobór przedmiotów związanych z estetyką otoczenia daje wrażenie uporządkowania w sensie dosłownym i metaficznym, o mniejszej potrzebie ścierania kurzu nie wspomnę. Mówi się, że porządek na biurku, czy w mieszkaniu oznacza porządek w życiu i coś w tym chyba jest, choć znam przykłady, które są zaprzeczeniem tej reguły, a poza tym według "prawa Richarda", zaliczanego do uzupełniających praw "ukochanego" Murphy'ego, "jeśli posiadasz coś dostatecznie długo, możesz to wyrzucić, jeśli coś wyrzucisz, od razu będziesz tego potrzebować." I broń Boże analogiom do perfekcyjnej pani domu. Wolę mieć etykietkę nieszkodliwej dziwaczki z zaburzenami obsesyjno-kompulsywnymi niż perfekcyjnej sprzątaczko-układaczki.
piątek, 25 stycznia 2013
sobota, 12 stycznia 2013
piechotą
Spłonęło mi auto. Nie ma tragedii, samochód zajął się ogniem od stojącego obok śmietnika. Ubezpieczyciel się spisał, służby lokalne również. Tyle. Negatywną stroną sytuacji jest fakt, iż w środku zimy zostałam bez auta i codziennie na piechotę wracamy z Z. z przedszkola. Dni szczególnie wietrzne, mokre, ogólnie nieprzyjazne pieszym zwyciężamy z pomocą taksówek i zaprzyjaźnionych, zmotoryzowanych mam. Jako niepoprawna optymistka staram się odnaleźć pozytywne aspekty obecnego stanu; w drodze do przedszkola słucham muzyki na słuchawkach, których nie używałam od lat, więcej chodzę, co całościowo służy i ciału i duchowi, odkryłam w sobie już dawno zapomniane uczucie empatii dla pieszych, doceniam piękno zakątków mojego miasta... Kilka dni temu skręciwszy w złą uliczkę spotkałam się z dziwnym, niepokojącym, zatrważającym wręcz "przedstawieniem." Naprzeciw mnie szedł kilkunastoletni chłopiec, uśmiechając się zawadiacko, machał rękami, odwracał mówiąc coś do kogoś, w końcu stanął i pochylił zanosząc się wręcz od śmiechu. Po chwili dostrzegłam, że nie jest sam. W tyle stał jego kolega, nieco wyższy i bardziej poważny. Również uśmiechał się szeroko, ale nie okazywał emocji w aż tak egzaltowany sposób. Stał prze ogrodzeniu, przy budowie budynku mieszkalnego. Przy ogrodzeniu znajdowała się budka dla pracowników budowy. Była to jedna z tych blaszanych struktur w kolorze jasnej szarości, gdzie pracownicy/inżynierowie mogli spędzić przerwę w pracy. Mijając wyższego chłopca, zwolniłam, chcąc zobaczyć co rozbawiło obydwu młodzieńców. To, co ujrzałam spowodowało, że przeszły mnie dreszcze. Chłopiec stojący przy ogrodzeniu, obok budki, robił zdjęcia gołębiowi powieszonemu na wysokim na trzydzieści centymetrów patyku. Gołąb zwisał smutno z głową przechyloną na bok i otwartym dziobem. Pióra powiewały na jednym ze skrzydeł, oczy błyszczały. Popatrzyłam na chłopca, pstrykał zdjęcia telefonem komórkowym i chichotał cicho. Mniejszy czekał na niego, nawoływał, zaśmiewając się do łez. Szłam wolno odwracając się raz po raz, zastanawiając się co zrobić. Usłyszałam jak ktoś krzyczy na chłopców. Odwróciłam się po raz ostatni. Zobaczyłam młodzieńców uciekających w popłochu oraz kilkoro ludzi za mną patrzących na panią w średnim wieku. Najwyraźniej to ona zdecydowała się na interwencję. Cała drogę myślałam o tym, co zobaczyłam. Zabity gołąb nigdy nie jest przyjemnym widokiem, szczególnie jeśli ktoś zadał sobie na tyle trudu, aby powiesić go "artystycznie" na patyku, jednak poświęcenie kilku cennych minut własnego życia na sfotografowanie zabitego ptaka lub, co gorsze, samodzielne skonstruowanie owej "instalacji" zakrawa na patologię. Myśl, która nie dawała mi spokoju to zachowanie chłopców fotografujących finał aktu znęcania się nad stworzeniem, które być może zginęło pod kołami samochodu, a potem z rąk młodego sadysty, może w innych okolicznościach. Ktoś, być może oni, zdecydował się na zaserwowanie przechodniom nieco masakrycznego widoku tudzież dania bezpańskim kotom. Gołąb saute. I co robić potem z takim zdjęciem? Oni wiedzą.
piątek, 28 grudnia 2012
kosmopolitka
Zawsze uważałam się za obywatelkę świata. Owszem, czułam ten mały ścisk w żołądku kiedy śpiewano Mazurka, Polak stawał na podium podczas olimpiad lub "nasi" strzelili gola. Nie mniej jednak, nigdy nie czułam, że tu i tylko tu, że jesteśmy najlepsi, najważniejsi, wybrani. Odkąd pamiętam byłam ciekawa ludzi, bez względu na ich pochodzenie, lubiłam uczyć się języków, kultur, łaknęłam nowych doświadczeń podczas podróży, spotkań, rozmów i, pomimo, że można sporządzić pokaźną listę stereotypów o każdym narodzie, przywary Polaków, choć mocno zgeneralizowane, są dla mnie wyjątkowo charakterystyczne. Co ciekawe, gdziekolwiek zdecyduję się na podzielenie własną opinią w tej materii, spotykam się z reakcjami od pełnych pogardy spojrzeń po wywody o kosmopolitycznym (a więc błędnym) podejściu do świata/życia, braku patriotycznych odczuć względem i tak już doświadczonej ojczyzny. Cóż, nie będę kryła, że duża część "naszych" to ludzie zadziwiająco zawistni, pełni żółci, którą w każdej chwili są w stanie wylać, wyjątkowo na kogoś, komu się "powiodło", bo jak ma, to na pewno ukradł, zabrał albo zakombinował, aby mieć. Niepokojąco często w Polsce, wytykamy palcami inaczej ubranych, wyglądających inaczej; tych, którzy się wyróżniają, szufladkujemy nie biorąc pod uwagę niczego innego niż własny osąd. Dodam, iż jest to zjawisko o wiele bardziej znikome w Londynie, Berlinie, Paryżu i innych miejscach na kuli ziemskiej, gdzie niejednoznaczność, indywidualizm, intensywność są jak najbardziej pożądane, a Japonka, pędząca na rolkach, w zielnych getrach, niebieskich włosach i z przekłutą twarzą nie wywołuje oburzenia, najwięcej uśmiech. Negatywne cechy uwidaczniają się w polityce, życiu codziennym, zawodowym, osobistym. Wystarczy wspomnieć ostatnie wybory w Ameryce i reakcję Mitta Romney'a na wygraną Baracka Obamy. Nie chodzi o wyścig szczurów czy wspinaczkę po drabinie towarzyskiej, oba fenomeny zdążyły zagościć w każdym większym mieście w Europie i na świecie. Bardziej niż "zbytnią" dbałość o własny sukces i dobrobyt mam na myśli uciechę z porażki innych lub chorą satysfakcję z "upadku" sąsiada, współpracownika, wroga, "przyjaciela". Od jakiegoś czasu licytacja osiągnięć życiowych na zjazdach szkolnych powiązana z wyśmiewaniem lub szykanowaniem osób zawodowo-niespełnionych, towarzysko-nieaktywnych, "małomiasteczkowych", powodująca zaskakująco słabą frekwencję na tychże zjazdach, wypadają blado przy amerykańskich reunions, gdzie duch szkolny ożywa, a chwalenie się sukcesem życiowym spotyka się najczęściej z uznaniem lub zazdrością w formie aspiracji. Znów pewnie zostanę posądzona o "cudze chwalicie...", lub uraczona "a oni to lepsi?...". Coroczna walka z/o Halloween, Walentynki, skarpety bożonarodzeniowe, jemiołę etcetera, jak zdarta płyta, męczy i powoduje, że mam ochotę zafundować sobie kilkudniowy odwyk od mediów jakotakich, z opiniami ekspertów oraz pseudoekspertów włącznie. Czy patriotyzm wyklucza ciekawość innych kultur, nawet ich doświadczanie, próbowanie, bez jednoczesnej rezygnacji z własnych, "naszych", równie pięknych tradycji/obyczajów? Od wielu lat głośno jest w naszym kraju o tolerancji. Moim słowem kluczowym jest otwartość; na ludzi, ich historie, doświadczenia; na kultury innych krajów, które niekoniecznie chcą wchłonąć nasze. Na świat w pojęciu człowieka.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
intro-ekstra
Z testu określającego typ mojej osobowości wyszło, że jestem introwertykiem w większym stopniu niż ekstrawertykiem. Pauza na wybuch śmiechu dla osób, które mnie znają, poznały lub miały, znikomą nawet, ze mną styczność. Jestem gadatliwa, ruchliwa, energiczna, a podczas rozmów gestykuluję jak Włoszka. Mam tendencję do dominowania rozmów, głośno śmieję się z żartów i dowcipów, praktycznie na każdy temat mam anegdotę, opowieść, pogląd. Założę się, że niejedna osoba uznałaby moją osobowość za przytłaczającą, próby asertywności za pyskówkę, a energię za nadpobudliwość. Tymczasem, BUM, introwertyk. Sama przecierałam oczy ze zdumienia. Ja, która od lat występuję, bądź co bądź, publicznie, przed dziesiątkami krytycznie nastawionej młodzieży, tylko czekającej na moje potknięcie czy błąd? Ja, która nierzadko, ratowałam sytuację towarzysko - dogorywającą, kiedy to grupa nieśmiałych nie potrafiła zagaić do siebie, czerwieniąc się i wpatrując się w podłogę? A tak. Proporcje introwertyzm-ekstrawertyzm zmieniają się w zależności od okoliczności, etapów życia oraz pomniejszych czynników, takich jak nastrój, stan zdrowia czy, trywialnie, pogodę. Po, muszę przyznać, dość krótkim pochyleniu się nad tym, sensacyjnym dla mnie, wynikiem, doszłam do wniosku, że, owszem, wykazuję dystynktywne cechy introwertyka. Po pierwsze, mam jedną przyjaciółkę, prawdziwą, głęboką relację; po drugie, nie lubię rozmów "o niczym", tak zwanej, gadki-szmatki, mimo, iż bywam zmuszona do takowych; po trzecie, myślę zanim coś zrobię lub powiem; po czwarte, ważne dla mnie są uczucia, wrażenia, idee, emocje w funkcjonowaniu w życiu codziennym; po piąte, często odwołuję się do swojego świata wewnętrznego; po szóste, lubię być sama lub z rodziną, w domu, po cichu, bez nikogo, w ciszy. Jak to najczęściej w przyrodzie bywa, rzadko pojawia się osobnik "czysty", "jednorodny", a więc ja, raczej sangwinik, z elementami melancholika, znajduję fragment siebie w wielu typach i podtypach, co, jak przypuszczam utrzymuje określoną równowagę emocjonalną. Może dlatego, mimo, iż czerpię energię z ludzi, spotkań, doświadczeń, zawsze chciałam napisać w swoim CV, że "Nie cierpię pracy w zespole! Najlepiej pracuję SAMODZIELNIE!!!"
środa, 12 grudnia 2012
przynajmniej osiem godzin
Mój rytm dnia jest okropny. Jestem tak zwanym nocnym markiem, czyli mogę, lubię, chcę siedzieć do późna w nocy. Najlepiej mi się wtedy pracuje, pisze, czyta, tworzy, myśli, rozmawia, wpada na pomysły, rozwiązuje problemy, wymyśla nowe... Obecnie, dla zdrowia i chęci zapoznania organizmu ze zdrowszym trybem życia i korzystniejszymi godzinami relaksacji, pracuję nad zmianą przyzwyczajeń, próbuję przeobrazić się w rannego ptaszka i, tak szczerze powiedziawszy, pragnę z całego serca być w stanie otworzyć wczesnym rankiem oczy, przeciągnąć się, wstać i w podskokach popędzić na rynek po pieczywo. Zawsze podobała mi się myśl o porannych zakupach, zapachach na rynku warzywnym, triumfalny powrót do domu ze świeżymi produktami. Tymczasem, rzeczywistość wygląda nieco inaczej i "nieco" jest tutaj dużym niedopowiedzeniem. Wieczorem oczy za cholerę nie chcą się zamknąć, a mózg złośliwie i naumyślnie produkuje nowe pomysły, wpędzajac jednocześnie w poczucie winy za ich niespisanie, oddalenie, zapomnienie. Rankiem zaś, po długim wieczorze, mimo iż trunki wyskokowe są mi od jakiegoś czasu zakazane, czuję się jak po długim przyjęciu, nie wspominając o ciężkiej głowie, powiekach i sercu, że straciłam kolejny piękny poranek, a śniadanie będę jadła około południa. Wczesnego wstawania nie nauczyło mnie nawet macierzyństwo, Z. albo spała ze mną albo bawiła się, zjadłszy śniadanie. Nie pomagają intensywne ćwiczenia, nudne książki do poduszki - te, o dziwo, kartka po kartce, okazuję się zazwyczaj interesujące - i różne zabiegi mające na celu skutecznie uśpić mnie wieczorem, tudzież dobudzić rano, nie powodując migren i wyglądu zombie. Cóż robić, skoro najlepsze teksty powstają wieczorem, a raczej późną nocą, najprzyjemniej rozmawia się nocą, a cisza, zegary, i pochrapywanie rodziny powoduje, że czuję się bezpiecznie, u siebie, umysł tak się wycisza, porządkując jednocześnie zdarzenia, emocje, myśli poprzedniego dnia. Brak tego momentu owocuje głośnymi wypowiedziami przez sen, czego absolutnie nie pamiętam o poranku. Postęp wygląda tak, że udaje mi się wcisnąć w te ponoć najzdrowsze osiem godzin gdzieś pomiędzy jedenastą wieczorem a dziewiątą rano, mając jednocześnie nadzieję na stopniowe przepoczwarzenie się w poranną osóbkę. Podobno wczesne wstawania jak i zasypianie przychodzi z wiekiem, czego dowodem mają być chyba te tłumy starszych ludzi w poczekalniach lekarskich i na bazarach. Może to ten moment, kiedy człowiek zaczyna się starzeć? No to czekam.
wtorek, 27 listopada 2012
milczenie (nie)łatwo zinterpretować
Muszę zacząć wolniej mówić. Podobno ludzie, którzy mówią wolniej są wysłuchiwani, a to, co mówią, lepiej trafia do odbiorcy i powoduje, że jest się postrzeganym jako osoba warta wysłuchania. Cóż, odkąd pamiętam mówiłam dużo i szybko. Co więcej, w towarzystwie osób nieśmiałych, zamkniętych w sobie, wycofanych, czułam i nadal czuję potrzebę wypełnienia werbalnej pustki, chcąc jednocześnie pozbyć się krępującej ciszy. Mam to po mamie. Jedni mnie za to lubią, drudzy nie, bo osób, które mnie nienawidzą, mam nadzieję, ufam, nie ma. Od pewnego czasu, staram się więc mówić wolniej, nieco ciszej, z uwzględnieniem pauz na wypowiedzi innych. Wychodzi mi to z lepszym lub gorszym skutkiem bowiem należę do osób ekstrawertcznych, lubiących interakcje słowne oraz dzielenie się wiedzą i doświadczeniami. Mam do powiedzenia dużo, na wiele tematów, a jak jeszcze temat zalicza się do ciekawych, o którym nieco wiem, mój potencjalny interlokutor nie ma szans. Niewątpliwie pomaga to w pracy, kiedy to z gestykulacją Profesora Miodka, wypiekami na twarzy i rozbieganym wzrokiem, tłumaczę zawiłości gramatyki angielskiej lub prezentuję słówka. Nie mniej jednak, wprowadzam ten swój plan od niedawna, pierwsze owoce pracy nad sobą zauważyłam podczas ostatniej rozmowy z komisją w kuratorium, gdzie mówiłam wolno, wyraźnie artykułując każde słowo, a szanowna komisja doceniła nie tylko wiedzę merytoryczną, ale również sposób wypowiedzi, o czym nie omieszkała mnie poinformować. Dało mi to do myślenia, gdyż nieraz analizując jakiekolwiek spotkanie, odnosiłam wrażenie, że zdominowałam dyskusję, uniemożliwiając wypowiedzi mniej przebojowym osobom, nie wspominając egzaminów, gdzie paplałam z prędkością karabinu maszynowego, popadając w częste didaskalia, dygresje, gubiąc wątki i myśli, w konsekwencji tracąc przy tym na ocenie i wrażeniu. Obecnie, jeszcze z trudem, walczę z głową i językiem, zamykając "paszczę" przynajmniej o jedną trzecią częściej niż zazwyczaj. Nie chcę się zmieniać na siłę, staram się udoskonalić sztukę słuchania, wypowiadania się na tematy warte czasu i energii, a wszystko to z korzyścią dla spokoju wewnętrznego, mniejszą ilością migren i wyrzutów sumienia. Co więcej, zaobserwowałam zbawienną moc milczenia w sytuacjach nieprzyjemnych towarzysko, podczas których ktoś mi dopiekł, obmówił lub obraził. Żadna riposta nie ma takiej wymowy i siły jak ignorowanie oraz cisza. To jest chyba tak zwane "bycie ponadto." Na jogińskich warsztatach ciszy, o których czytałam ostatnio w artykule dotyczącym pędu, w jakim ponoć obecnie żyjemy, ześwirowałabym jak nic, ale w związku z powyższym, mam nowe motto, słowa Tomasza z Akwinu, które prawdopodobnie zawiśnie w okolicy biurka: "Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji." Ponoć dlatego mamy dwoje uszu, a tylko jedne usta, aby dwa razy więcej słuchać nić mówić. Pani z łaciny miała rację, silentium est aureum.
środa, 14 listopada 2012
czytaj i daj czytać
Syn znajomej został "przyłapany" na lekcji na czytaniu książki. Swoją drogą ciekawam jaka to książka tak pochłonęła młodego człowieka, iż podjął ryzykowną decyzję o podpadnięciu pedagogowi. Nie jest tajemnicą, że w obecnych czasach czytanie jest passe, a na pytanie jaka jest twoja ulubiona książka tudzież książka, którą ostatnio czytałeś/czytałaś większość ludzi nie potrafi wydukać wiele poza "Harry Potterem" lub "Władcą Pierścieni." Nie, żebym miała coś przeciwko wspomnianym dziełom, dobre i to, ale są tacy, którzy nie widzieliby słowa pisanego, gdyby nie etykieta na jogurcie czy sms przysłany od kumpla. Swojego czasu sama, zafascynowana literaturą feministyczną, zostałam zrugana przez polonistę za wspomnienie o Gretkowskiej, Tokarczuk czy Dunin, że tak sobie szastam nazwiskami, a nic więcej powiedzieć nie potrafię, że takie książki to na plażę, żebym wzięła się za "porządną" literaturę. I pojawiło się pytanie: Co to jest ta "porządna" literatura? Dostojewski? Mann? Czy może Sienkiewicz? Czy to, co czyta się z przyjemnością, nie przysypiając, to, co wywołuje emocje, ba, nawet podnieca, jest grafomanią i nieudacznictwem literackim? Dlaczego dzienniki Anais Nin i książki Henry Millera są lepsze od "50 twarzy Greya" E.L. James? Czy różnią się tylko czasami, w których zostały napisane czy formą, metaforami, emocjami? Krytycy miażdżą autorkę zarzucając jej tworzenie płytkiej prozy o zabarwieniu erotycznym czy nawet pornograficznym. Czytelników obraża się słabym gustem literackim. "50 twarzy Greya" to ponoć "porno dla mam" lub "harlequin dla sfrustrowanych kur domowych," które wyrosły z wampirów i magii, a więc szukają czegoś bardziej dla siebie, odnajdując to w okolicach genitaliów. Podobno Grey to współczesny Pan Darcy, analogia tyle dla jednych oczywista, co dla drugich śmieszna. O co tyle szumu? "Zwrotnik Raka" Millera został zakazany w USA za otwarte wątki erotyczne zawarte w książce. Anais Nin znana była z pisania erotycznej literatury kobiecej i nikt nie ośmieliłby się nazwać ją nieudolną pisarką tylko dlatego, że czytują ją między innymi gospodynie domowe. Dziś, oczywiście, autorowi poczytnej książki zarzuca się również tzw. pisanie pod publiczkę, tajemniczy proces, mimo iż ogólnie znany, trudny do zdefiniowania oraz skategoryzowania. Czy kiedykolwiek powstanie bestseller, który będzie uznany za "dobrą" literaturę? Mam wrażenie, że tylko autor nieznany, najlepiej starszy, poruszający ważki merytorycznie temat ma szansę na bycie uznanym za tego "prawidłowego," a jego literatura za "ambitną." Podobno w dobie opracowań dzieł literackich, zamykania bibliotek, upadaniu księgarni innych niż Empik, czytanie dla przyjemności to zjawisko niepopularne, a więc powinno być hołubione, szczególnie jeśli jest dla kogoś czynnością tak naturalną jak dla większości oglądanie telewizji. Zamykając klamrowo swój wywód, pragnę stwierdzić, iż kiedy moje dziecko zostanie "przyłapane" na tak niecnym uczynku jak czytanie na lekcji, to oczywiście odpowiednio skomentuję sytuację, sugerując przeprosiny w kierunku pedagoga wraz z obietnicą szanowania jego czasu/głosu/wiedzy, ciesząc się skrycie, iż czytało, a nie robiło kompromitującego zdjęcia koleżance telefonem komórkowym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)