Mimo, iż jestem nauczycielem języka angielskiego, nie cierpię zapożyczeń. Zdaję sobie sprawę z faktu, że w przypadku zjawisk technologicznych oraz w środowiskach gimnazjalno-licealnych jest to nieuniknione; w pierwszym przypadku ze względu na brak odpowiedników lub ich niedorzeczne brzmienie, w drugim zaś na chęć zaistnienia w grupie rówieśników, zaimponowania im, pochwalenia się znajomością współczesnego "kodu." Ostatnio z zaciekawieniem obserwuję zjawisko, którego nazwa również została zapożyczona z angielskiego, a które na dobre zadomowiło się w rzeczywistości...wirtualnej, "hejteryzm." Nie istnieje jeszcze oficjalna definicja terminu, z opisem charakterystycznych elementów, nie sądzę jednak, aby statystyczny użytkownik www nie spotkał na swojej wirtualnej ścieżce "hejtera." Typowy "hejter" to przypuszczalnie osobnik płci męskiej (w rzadkich przypadkach zdarza się, iż jest to przedstawicielka płci pięknej, co jest dość ciekawe z socjologicznego punktu widzenia), nieco sfrustrowany, najczęściej w sferze emocjonalnej/seksualnej/towarzyskiej, czerpie nieuzasadnioną przyjemność z publikowania niepochlebnych, często wulgarnych oraz obrażających komentarzy. A to wszystko, anonimowo, ponieważ cechą charakterystyczną "hejtera" jest tchórzostwo. Znajdują się jednak i tacy, co to dziarsko prezentują swą paszczę na portalach społecznościowych, pod artykułami i tekstami różnego typu, ale na takich to już tylko "idiota" można wołać. Tylko ci, co to ich nie sieją nie wiedzą, że grozi to najpoważniej pozwem, a najlżej obiciem tzw. mordy. Internet to medium, które budzi skrajne emocje i nie przestaje mnie dziwić, jak komuś nie żal kilku cennych minut własnego żywota na napisanie głupiego, wrednego komentarza. Po co, pytam? Terapia dla ubogich? Po co zarzucać kobiecie-blogerce, chorej na raka, zbierającej pieniądze na kosztowną kurację, wydawanie swojego "otrzymanego 1%" na sushi, nie wiedząc, że jest to jedno z niewielu dań, które może spożywać po usunięciu żołądka? Po co pisać pięknej kobiecie fotografującej się na, powiedzmy plaży, że pewnie sztuczna, że botoks, że operacje albo zamożny małżonek? Po kiego pisać, że ktoś gruby, chudy, krzywy, brzydki, że coś lub kogoś przypomina. Jak małym, niskim, prostym organizmem trzeba być, aby pisać niemiłe komentarze wyłącznie po to, aby komuś było przykro. No, chyba, że jest to swoista krucjata: "schudnij grubasie," "nie chwal się," "głupia jesteś", mająca na celu odmienienie potencjalnego "celu." Jeśli tak, to zbawicieli ci u nas dostatek. Na domiar złego, z moich obserwacji wynika, że ów "hejterów" nie brakuje w żadnym kraju, jednak zdecydowany wzrost frustratów zaobserwowałam w Polsce, od niedawna. Aż gorąco od plot, oszczerstw i inwektyw bez pardonu szafowanych w tę i we w tę na "fejsie," "tłiterze" i portalach "szołbiznesowych." Jak mawiał Oscar Wilde "Jedyną rzeczą gorszą od tego, że o nas mówią, jest to, że o nas nie mówią," jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wyłącznie "bankruci umysłowi" postanawiają poprawić sobie humor dowalając innym. Niskie. Kiepskie. Płaskie. Say, what you mean but don't say it mean.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą facebook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą facebook. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 października 2012
sobota, 6 października 2012
"ale czat"
Od dawna otwarcie przyznaję się do uzależnienia od internetu. Należę do pokolenia "przejściowego", mianowicie tego, które wie, co znaczy spędzić jako dziecko cały dzień na dworze, wisząc na trzepaku (na marginesie, czy ktoś widuje jeszcze trzepaki, coraz mniej ich na świecie); bawić się patykiem, udając, że to broń/różdżka/mikrofon/łyżka/bat/odrzutowiec; być brudnym i zdrowym; a telewizję oglądać wyłącznie po wiadomościach, bo jest dobranocka. Z drugiej strony reprezentuję "nową falę" za pan brat z internetem, telefonami komórkowymi, Blue-ray, iPad, iPod, iPhone, PlayStation, X-box i wszystkimi innymi magicznymi pudłami, które jednocześnie ułatwiają, umilają jak i zabierają nam czas. Jednego jednak lubię, lepiej - nie cierpię, nie znoszę i staram się nie używać - SMS oraz komunikatorów, jakiegokolwiek sortu. Wyjątkiem niech będzie skype, gdzie widzę swojego rozmówcę, a co za tym idzie, mam z nim kontakt wzrokowy, słyszę jego głos, mogę odczytywać jego przekaz zarówno werbalny jak i niewerbalny, co dla mnie, w rozmowie, bywa najważniejsze. Ileż to razy odkręcałam informacje, które ktoś opatrznie zrozumiał, a które otrzymał w formie tekstu w telefonie lub na "czacie". A propos "czatu", celowo używam polskiej transkrypcji, usłyszawszy opowieść znajomego nauczyciela o tym jak jego uczniowie ( czyt. osoby urodzone po 1990 roku) nie zdawali sobie sprawy, iż w naszym ojczystym języku wyraz ten oznacza "pilnować/śledzić kogoś", używali go wyłącznie jako "chat", czyli pogawędka, rozmowa. Swoją drogą, interesujące spostrzeżenie: pokolenie, które zasymilowało sobie wyraz angielski, zupełnie zapominając o jego oryginalnym znaczeniu w swoim własnym języku. Wracając do tematu, może to dziwne, że zachwycając się internetem jako medium bez granic, równie pięknym, co złym, bo przecież mogąc zobaczyć Luwr siedząc na kanapie w domu można z podobną łatwością ściągnąć pornografię dziecięcą, nie lubię wiadomości tekstowych. Dla tych, którzy mnie nie znają, nadmienię, iż należę do osób ekstrawertycznych, energicznych, tych, co machają rękami opowiadając historię i muszę naprawdę się powstrzymywać, żeby komuś, kto raczy mnie opowieścią, nie przerywać; może to wpływa na fakt, iż słowa, półsłowa, emotikony w wiadomościach tekstowych nieco mnie ograniczają. Z drugiej strony, irytuje mnie również sama forma rozmowy, gdzie na przykład konwersuję we wspomniany sposób z lustrzanym odbiciem mojej osobowości lub jej nasilonej wersji. Moja siostra, dla przykładu, jedna z najbardziej wielowątkowych osób, jakie znam, zarówno na czacie jak i w życiu; osoba z milionem myśli i pomysłów na minutę; zaczepiając mnie na facebooku zdąży omówić co najmniej kilka tematów, wyrażając swoją opinię, zanim ja kliknę odpowiedź. Mimo, że obie zawsze mamy dużo do powiedzenia, mam wrażenie, że tracimy w takiej rozmowie, nie czekając na reakcję tej drugiej, a co dopiero, zagłebiając się w to, co między wierszami. Wiadomości tekstowe, wysyłane do znajomych i przyjaciół, w których delikatny humor często mylony jest z uszczypliwym sarkazmem i to w obie strony również bywają problematyczne. Poza tym, nic nie zastąpi uśmiechu, wyrazu oczu, tembru głosu, tonu, gestykulacji. No i te wszystkie zatrważające historie o zerwaniu przez SMS, wyznaniach miłości w mailach, informacjach o ważnych sprawach życiowych bez konfrontacji face to face dają do myślenia; co dalej będziemy robić unikając się nawzajem...? W kwestii komunikacji jestem old fashioned, jeśli nie widzę, to niech chociaż słyszę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)